Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 116 237 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Nagrody

sobota, 26 września 2009 20:59
  • Rok 1967
- II nagroda na Zimowej Giełdzie Studenckiej
- I miejsce na Radiowej Giełdzie Piosenki
  • Rok 1968
- III nagroda na Miedzynarodowym Piosenki w Brasov
  • Rok 1969
- Srebrny Gwóźdz  plebiscytu popularnosci Kurwiera Polskiego
  • Rok 1972
- Złoty Gwóźdz  plebiscytu popularnosci Kuriera Polskiego
  • Rok 1973
- Srebrny Gwóźdz plebiscytu popularnosci Kuriera Polskiego

DZIAŁ W BUDOWIE!


-

Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

ciekawostki

sobota, 26 września 2009 17:34
  • Rok 1968
Urszula Sipińska wzieła udzial w filmie pt "Sześć pierwszych planów" w reżyserii V. Lazarowa

OPOLE
KFPP
  • Rok 1970 ( VIII festiwal)
Nuty Maryla Rodowicz wspomina, że tuż przed finałowym koncertem, na którym miała zaśpiewać „Jadą wozy kolorowe”, zapodziały się nuty piosenki. Złośliwi mówili, że zjadła je Urszula Sipińska. Maryla śpiewała bez orkiestry, przy akompaniamencie gitary.

  • Rok 1977 (XV festiwal)
Rodowicz kontra Sipińska Jak wspomina Maryla Rodowicz, podczas koncertu „Nastroje – nas troje” Urszula Sipińska postanowiła wyciąć jej numer i trochę ją poprzedrzeźniać. Już wówczas rywalizacja obu pań była niemal legendarna. Niestety, plan nie do końca się udał, bo życzliwi donieśli o wszystkim Maryli. Efekt był taki, że na koncercie doszło do sparodiowania parodiowanej parodii, czyli potrójnej parodii! W pierwszym rzędzie śpiewała i tańczyła nieświadoma niczego Urszula Sipińska i jej dziewczyny. Za nimi pojawiła się Rodowicz z zespołem i zaczęła je naśladować. Zabawa spodobała się Wojciechowi Młynarskiemu i Jonaszowi Kofcie. Stanęli za Rodowicz i robili dokładnie to samo, co ona.

[info: tvp]

Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Hodowcy Lalek

sobota, 26 września 2009 17:21

Urszula Sipińska "Hodowcy lalek"
Zysk & S-ka, Poznań 2005,
Podziel się
oceń
2
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

wywiady

sobota, 26 września 2009 17:12
-

- Sylwia Sałwacka: Pani pierwsze własne pieniądze...

- Urszula Sipińska: Zarobiłam je z teatrem studenckim Nurt z Poznania, za jeden koncert dostawałam 100 złotych. To była naprawdę sporo kwota jak dla studentki.

- A pierwsze duże pieniądze?

- 30 tys. zł od ZAiKS- su za przebój "Zapomniałam". Fortuna. Kupiłam sobie za nie tylko jeden ciuch: niebieskie szorty ze skóry z białą lamówką i kurtkę do kompletu. Resztę włożyłam na książeczkę. Ludzie myślą, że w PRL- ktoś taki jak ja musiał zarabiać kokosy. A było bardzo różnie. Za recital w Polsce dostawałam 12 dolarów, niezależnie od tego, czy w sali było 500 osób, czy był to amfiteatr z trzema tysiącami widzów. Choć były też bardzo dobre momenty. Na międzynarodowym festiwalu w Meksyku mój aranżer i kompozytor Piotr Figiel i ja zgarnęliśmy wszystko, co możliwe. W sumie 10 tys. dolarów! Zazdrość była ogromna. Dostawaliśmy telefony z pogróżkami! Ale nie wydawałam pieniędzy. Oszczędzałam je. Nauczyli mnie tego rodzice.

- No tak, mieszka pani w Poznaniu. Nawet sami poznaniacy żartują, że są Szkotami, których wygnano z kraju za przesadną oszczędność...

- Poznaniacy cały czas oszczędzają, czy kryzys jest, czy go nie ma. Myślę, że to wynika z naszego racjonalnego podejścia do życia.

- Francuski pisarz Louis Aragon mawiał, że "pieniądze są tylko środkiem, by móc przestać myśleć o pieniądzach".

- Bogactwo nie czyni człowieka lepszym, bardziej wartościowym. Nigdy nie oceniam ludzi po wielkości portfela. Nie wydaję też pieniędzy dla samego wydawania i nie ścigam się z sąsiadkami na lepszy sprzęt AGD czy samochód. Jestem praktyczna.
Nie oszczędzam tylko na jednym: na jedzeniu. Ale jeśli ktoś myśli, że jadam codziennie homary, to... wolę raczej poznańskie pyzy i kawałek pieczystego. Zresztą, zakupy też robię z listą w ręku. Dziś łatwiej jest wydać, niż zarobić. Trzymam się zasady: wydaję tyle, na ile mnie stać. I nie pożyczam pieniędzy. Nikomu i od nikogo.

- A co pani robi z oszczędnościami?

- Moja siostra i jej mąż są profesorami ekonomii, ale własnymi pieniędzmi zarządzam sama. Zdradzę tylko, że trzymam je w Polsce. I dodam, że nie w skarpecie. Mój mąż inwestuje na giełdzie. Ostrożnie, bez nonszalancji, bo wciąż się tego uczy.

- Wróci pani do śpiewania? Na takim powrocie mogłaby pani dobrze zarobić...

- Parę lat temu ktoś chciał mi zapłacić 3 tys. dolarów za zaśpiewanie na weselu tylko jednej piosenki "Cudownych rodziców mam". Nie zgodziłam się, bo w 1990 r. definitywnie zerwałam ze sceną. Jestem w tym konsekwentna.

[Gazeta Pieniądze]


Rzuciła karierę wybrała miłość
        
Gwiazda polskiej piosenki lat siedemdziesiątych Urszula Sipińska. Blondwłosy anioł o niezwykłym głosie. Kochały ją miliony. Ale zniknęła z estrady piętnaście lat temu. W wydanej właśnie autobiografii Hodowcy lalek zdradza, dlaczego tak się stało. A nam opowiada o największych miłościach swojego życia.

Biała willa pod Poznaniem. Taras, widok na jezioro. Otwiera mi drzwi i woła z humorem: "Taka młoda osoba do babci Urszuli?". Trudno rozpoznać w niej piękność z lat, gdy śpiewała Zapomniałam lub To był świat w zupełnie starym stylu. Ale wciąż tryska energią. Nosi luźną marynarkę i duże okulary. Proponuje drinka i kanapki. Pakuje mi kilka na powrotną podróż. Opowiada o luksusowych łazienkach, które projektuje. Kiedyś była gwiazdą, dziś jest architektem i twierdzi, że lepiej się z tym czuje. Pasjonuje się polityką. Codziennie ogląda wszystkie programy informacyjne. Potem dyskutuje o tym z mężem, Jerzym Konradem. Jej wydana właśnie autobiografia Hodowcy lalek to historia kariery piosenkarki w absurdalnych politycznie czasach PRL-u. Cytat: "Anielskie sukienki, różowe policzki, lakierki na nóżkach, ekranowy uśmiech i usteczka wyśpiewujące refreny. Kupa forsy, specjalne przywileje i dobre samochody. Taki wizerunek gwiazdy tamtejszej epoki pokutuje do dziś.(...) Założenie było proste: artyści to marionetki. Lalki. A lalki nie mówią. Mają śpiewać. Lalki nie myślą (...) W skrajnych przypadkach "hodowcy lalek" mylili swój "wychów" z nadmuchiwanymi kukłami, które można molestować seksualnie bez żadnych konsekwencji. Mnie to spotkało raz".

GALA: Pani Urszulo, czy pani śpiewa?

URSZULA SIPIŃSKA: Już nie. Nawet nie słucham swoich dawnych piosenek. Nie podśpiewuję i nie tęsknię do estrady. Piętnaście lat temu odeszłam od piosenkowania. Teraz żyję w innym świecie. Ale we wszystko, co robiłam kiedyś i co robię teraz - nawet kiedy gotuję zupę - wkładam całe swoje serce i pasję. Teraz projektuję wnętrza i napisałam tę książkę. Też z pasją.

GALA: Dlaczego autobiografia?

U.S.: Odpowiem przewrotnie: A dlaczego nie? Od 15 lat, czyli odkąd odeszłam z estrady, wszelkie media i ludzie na ulicy wciąż pytają mnie, dlaczego tak wcześnie. W skrócie nie sposób odpowiedzieć. To był proces. Długi. Stąd moja opowieść w formie książki. Ci, co ją przeczytali, mówią, że jest napisana lekkim piórem. Ponoć nie można się od niej oderwać. I to fajnie. Tyle że książka zawiera bardzo ważny wątek polityczny. Obnażam mechanizmy totalitaryzmu, który swoimi mackami oplatał nawet tak krotochwilny zawód, jak piosenkowanie. Chciałam rozliczyć PRL, który ukradł mi 25 lat życia. I tak mam lepiej niż Stanisław Lem. Powiedział, że jemu ukradł 37 lat.

GALA:Te mechanizmy to na przykład fakt, że skandalicznie mało płacono pani za występy i sprzedane płyty?

U.S.: Dlaczego wszyscy zaczynają od pieniędzy! Zostałam wychowana w kulcie pozytywnego myślenia, nie w kulcie pieniądza. Gdyby mi na nich zależało, pewnie zostałabym w Szwajcarii z multimilionerką Emmą. Była lesbijką. Przeżyła wielką tragedię. Po 15 latach szczęśliwego związku została zdradzona. Niewiele wówczas wiedziałam o tego typu związkach. Więc nawet nie umiałam współczuć. A potem, gdy poznała mnie i zaproponowała, żebym z nią została, a wszystko, co jej, będzie także i moje - dość obcesowo odpowiedziałam: "Już wolę mężczyzn, nawet bez pieniędzy, niż tylko pieniądze bez mężczyzn". Była zawiedziona, zrozpaczona. Rozdział o tym epizodzie zawiera pewną magię. Wszystko rozgrywa się w starym zamczysku. A całość epizodu pewnie nadawałaby się na jakąś etiudę filmową. Życie przyniosło mi więcej takich nieprawdopodobnych zdarzeń. Większości oczywiście nie zdradzę! Bo kto wtedy sięgnie po książkę?

GALA: Zdradźmy jednak, że gwiazdą została pani w jedną dobę.

U.S.: Gwiazdą? Nie przepadam za tym określeniem. Stałam się po prostu osobą publiczną. Zaczęło się od Opola'67 i piosenki Zapomniałam. To była magia. Ta tytułowa magia z pierwszego rozdziału książki. A to, co się wokół mnie wówczas działo - na krótki czas - nawet mi się spodobało.

GALA: Potem pasmo sukcesów, koncerty, programy telewizyjne, festiwale zagraniczne. Można stracić głowę.

U.S.: Pewnie można. Ja nie straciłam. Choć trudno było wracać na przykład z gorącego Meksyku z główną nagrodą pod pachą do brudnawych ulic i smutnych twarzy rodaków. Raz nawet w dzień po powrocie z ciepłego kraju zastałam śnieżycę. Ślisko. Nic nie jeździło, więc poszłam pieszo na uczelnię po kolana w śniegu. Bo ktoś tam na "górze" coś pokręcił i piaskarki w pole wyjechały!

GALA: W Budapeszcie zakochała się pani w rumuńskim reżyserze Valeriu Lazarovie. On namawiał panią, abyście razem uciekli do Hiszpanii.

U.S.: On uciekł, ja nie. I to była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Nie chciałam zostawiać rodzeństwa z wilczym biletem. Mogliby mieć kłopoty w pracy, w szkole. Było mi trudno. Wpadłam w depresję. Kiepsko jadłam, kiepsko sypiałam. Byli tacy, którzy mieli więcej odwagi, jak Wojtek Fibak, też z Poznania. Pewnie nie żałuje.

GALA: Po paru latach znów spotkała się pani z Lazarovem.

U.S.: Zadzwonili do mnie z agencji artystycznej Pagart, że Hiszpanie zapraszają do udziału w najpopularniejszym programie TV Se'oras a se'ores z udziałem światowych gwiazd. Nie powiedziano mi, kto to reżyseruje, ale od razu domyśliłam się, że chyba Lazarov. Pamiętam moment, gdy czekałam w Madrycie w hotelu na oficjalną kolację z ludźmi z telewizji. Siedziałam przy barze, piłam coca-colę, gdy przed wejście zajechał piękny czerwony citroen kabriolet. W środku siedział mężczyzna, którego wciąż kochałam. A obok mnie mój "cień" z Pagartu, tajniak, który zawsze towarzyszył nam na zagranicznych wyjazdach.

GALA: Dramatyczna historia.

U.S.: Dramatyczna? Raczej melodramatyczna. Jak z opery mydlanej. Tylko że to nie był film. To działo się naprawdę. Nie chcę więcej o tym mówić. To zbyt osobiste. Nawet nie napisałam o tym w książce.

GALA: Za to pisze pani o zabawnej historii, kiedy pod pani domem zgromadził się tłum, bo ktoś puścił plotkę, że Sipińska bierze ślub z Sewerynem Krajewskim.

U.S.: Ktoś pokręcił nazwiska w parafialnych zapowiedziach. Mieszkałam naprzeciwko kościoła, widziałam te falujące z podniecenia małolaty z płytami pod pachą. Nawet nie wiedziałam, gdzie jest Seweryn. Pewnie grał jakąś trasę. Tłum z pozoru życzliwy robił się niecierpliwy. Wpadło mi do głowy, by tę gęstniejącą atmosferę rozładować żartem. Namówiłam szwagra, trochę podobnego do Seweryna, żeby odegrał ze mną scenkę nowożeńców. Przebrani - weszliśmy w tłum. Ostatecznie skończyło się na wielkim śmiechu i dwugodzinnym podpisywaniu płyt.

GALA: Ta historia to dla mnie znak, jaką wielką miała pani popularność.

U.S.: To prawda. Ale na rzecz trzeba spojrzeć nieco szerzej. W tamtych czasach nie wolno było pisać prawdy o gospodarce, polityce, historii. Sport i piosenka nikomu nie zagrażały, więc dla publikatorów stawały się wygodnym samograjem. Nic dziwnego, że w biurach, na ulicach, w szkołach, nawet w przedszkolach nie mówiło się o niczym innym. Dziś piosenka weszła we właściwe ramy. Jest tylko jednym, ale już nie jedynym ciekawym tematem, o którym się mówi.

GALA: A wracając do Seweryna Krajewskiego - byliście parą?

U.S.: Tak. Przez dwa lata, ale o ślubie nie było mowy. Bo po rozstaniu z Lazarovem dość dziwnie reagowałam na mężczyzn.

GALA: Jednak wyszła pani za mąż. I to za dziennikarza radiowego z Poznania Janusza Hojana. W książce pisze pani, że od początku panią oszukiwał, miał kochankę, powiedział, że jest dziesięć lat młodszy niż w rzeczywistości.

U.S.: To był nieudany mąż. Ja w tym małżeństwie też byłam nieudana. Bo to nie było udane małżeństwo. Ale chyba już dość o tych facetach.

GALA: Pisze pani też o tym, jak jeden z telewizyjnych dyrektorów molestował panią seksualnie. Podziwiam odwagę takiego wyznania.

U.S.: To było wstrząsające doświadczenie. Choć do gwałtu na szczęście nie doszło. A i tak piętno tamtego zdarzenia noszę w sobie do dzisiaj. Na dodatek ten łajdak chodzi sobie po tej ziemi i ma się wyśmienicie! Nie dość na tym. Ten człowiek wciąż ma przemożny wpływ na ludzkie umysły. Bo media były i są jego konikiem.

GALA: Kim są tytułowi "hodowcy lalek"?

U.S.: Wystarczy otworzyć gazety. Jeszcze ich nie wymiotło.

GALA: Mówi pani o politykach?

U.S.: Też. W każdym razie wszędzie ich pełno. W biznesie, w kulturze, w mediach etc. Za moich czasów byli komunistycznymi socjotechnikami, aparatczykami, którzy okupowanym przez PRL Polakom próbowali robić z mózgów wyrostek robaczkowy!

GALA: Wspomina pani o tragicznym wypadku samochodowym, który o mało nie pozbawił życia paną i męża.

U.S.: To się stało w październiku '82. Byliśmy na trasie po NRD. Któregoś wieczoru koncertowaliśmy w mieście w pobliżu granicy. Na drugi dzień zaczynaliśmy sesję nagrań radiowych w Berlinie. Już siedziałam w samochodzie zapięta pasami. Przypomniało mi się, że gdy dotrzemy do Berlina, restauracje będą pozamykane. Cofnęłam się do bufetu po kanapki. I nagle jakiś niepokój. Odkąd pamiętam, miałam w sobie coś w rodzaju sejsmografu. Przeczuwałam, że stanie się coś niedobrego. Zapięłam pasy i mówię: "Jedź ostrożnie". Jurek na to: "Nie denerwuj się, zawsze jadę ostrożnie". Pogoda była dobra, widoczność super. Jechaliśmy autostradą, nagle za zakrętem wpadliśmy w ścianę dymu. Jakiś leśnik wypalał trawy. I od tego ognia zajął się las. Jurek zahamował. Właśnie chcieliśmy uciekać z samochodu, gdy uderzyła w nas łada, w której było dwóch lekarzy i trzy pielęgniarki. Jeden z nich pochylił się na nade mną, poczułam zapach alkoholu.

GALA: Dziewięć miesięcy w łóżku?

U.S.: Prawie dziesięć. Miałam kompletnie roztrzaskane kolano. Operacja w klinice, która specjalizowała się w urazach sportowców, trwała pięć godzin. Profesor Brewka powiedział, że na 90 procent nigdy nie będę normalnie chodzić.

GALA: Co pani poczuła?

U.S.: Przepraszam, ale to pytanie zabrzmiało jak intelektualny folklor. A co miałam poczuć!? Na pewno nie było mi do tańca! Już bardziej do różańca. Na szczęście ogromną siłą woli jakoś wyzdrowiałam. Jeszcze kulałam, gdy znów zaczęliśmy występować. Nie było wyjścia! W architekturze wnętrz i w tamtym systemie nie miałam czego szukać. A trzeba było z czegoś żyć. Pamiętam, jak utykając, pojechałam na męczącą trasę plenerową po NRD. Noga za nogą wchodziłam po drewnianych schodkach na estradę. Publiczność to widziała, a konferansjer obracał w żart: "Dzisiejszy gość z Polski, międzynarodowa gwiazda Urszula Sipińska, zderzyła się z naszym płonącym lasem! Jeszcze trochę kuleje. Ale jesteśmy wdzięczni, że do nas przyjechała! Wielkie brawa".

GALA: Po przewrotce politycznej '89 zostawiła pani - jak sama mówi - piosenkowanie. Zajęła się projektowaniem wnętrz. A co zrobił pani mąż, też muzyk?

U.S.: Jurek miał jedną pasję - muzykę. Ale ze swoją wrażliwością na te właściwe dźwięki powinien urodzić się w Stanach, nie w Polsce. Chciał tam zostać jeszcze przed stanem wojennym. Ja nie umiałam się zdecydować. Głównie ze względu na dobro rodzeństwa. Więc gdy odeszłam z estrady, Jurek też. W trzy miesiące nauczył się czytać rysunki techniczne. To on zrealizował budowę domu. Tego, w którym teraz mieszkamy. Pomaga mi w kwestiach biznesowych i organizacyjnych. Wciąż pracujemy i żyjemy razem. I tak zeszło nam 30 lat.

GALA: Nie macie dzieci.

U.S.: Bardzo chciałam. Nie udało się. Kilka razy byłam w ciąży, ale zawsze traciłam dziecko po trzech miesiącach. A gdy stało się to kolejny raz i to po wypadku, usłyszałam, że już nie ma sensu dalej próbować.

GALA: Gdy sama była pani dzieckiem, lekarz powiedział, że "choruje" pani na niecierpliwość. "Mamo! Ja umieram. Głowa mi pęka! Wszystko psuję" - czytam w książce. Zostało to pani?

U.S.: Tak. Z tego się nie wyleczyłam i jest to jedna z moich licznych wad. I cieszę się, że mam tych wad wiele. Ostatecznie ludzi kocha się za wady, nie za zalety. Nikt nie lubi żyć z ideałem.

GALA: Ale żyć z kobietą niecierpliwą nie jest łatwo.

U.S.: Pewnie, że nie. Podziwiam Jurka. On zaczyna zdanie i zanim je skończy - ja już wiem, o co chce mnie spytać, i odpowiadam. Czasami doprowadza go to do szału. Wtedy ja przepraszam i obiecuję wysłuchać cierpliwie do końca. Niestety, jak to w życiu bywa, przejmujemy swoje wady. Teraz on zrobił się niecierpliwy i przerywa mi w połowie. A ja się tylko uśmiecham. Nie kłócimy się. Między nami nigdy za wiele słów "przepraszam", "proszę", "dziękuję". Szanujemy siebie i szanujemy swoją samotność. Bo każdy jest samotny. Samotnie idziemy z myślami spać i samotnie się z nimi budzimy. Jeśli o nas chodzi - żyjemy najbliżej siebie, jak to tylko możliwe. Biorąc ślub, nie podpisywaliśmy przecież żadnego aktu własności do drugiego człowieka. Więc każde z nas czuje swoją wolność. To chyba największy sukces naszego związku.

Rozmawiał Roman Praszyński

[ Gala nr 24, od 13 do 19 czerwca ]


Lalka, która przemówiła

 

Z Urszulą Sipińską - jedną z najpopularniejszych piosenkarek końca lat 60-tych i 70-tych, rozmawia Urszula Guźlecka

 Średnie pokolenie dobrze pamięta jej przeboje, takie jak „Poziomki”, „Pamiętam nas z tamtych lat” czy „To był świat w zupełnie starym stylu". Dziś piosenka to dla artystki całkowicie zamknięta karta. Zajęła się architekturą. A jeśli dziś pojawia się publicznie, to jako... autorka książki pt. „Hodowcy lalek”, autobiografii ukazującej kulisy bycia śpiewającą gwiazdą, w dawnym systemie. W swej relacji odsłania gorzką prawdę o cenie, jaką trzeba było zapłacić za popularność. Na jednej ze stron czytamy m.in. o tym, jak wyglądały wyjazdy za „żelazną kurtynę”: „Wszystko trzeba było przeliczać. [...] Jeśli strona zapraszająca nie zapewniała wyżywienia, to zabierałam ze sobą kawę, herbatę, suchą kiełbasę, konserwy w puszkach, "pumpernikiel" i grzałkę. W sklepie dokupowałam tylko margarynę. "Przeciętny" obiad, w średniej restauracji kosztował bowiem mnie tyle, ile honorarium za 1,5 recitalu". O kulisach swego zawodu Urszula Sipińska opowiadała podczas spotkania z publicznością w kawiarni "Węgliszek", w połowie grudnia ub.r.

- Dlaczego zdecydowała się Pani napisać tę książkę? Czy był to rodzaj autoterapii?

- Napisałam ją przede wszystkim dlatego, że odczułam potrzebę przedstawienia czytelnikowi zupełnie innej rzeczywistości, w której przyszło mi pracować. Chciałam pokazać, że w dawnym systemie macki totalitaryzmu oplatały także zawód artysty estradowego - tak daleki, wydawałoby się, od polityki. Uważano nas za gwiazdy PRL-u, z czym absolutnie nie mogę się zgodzić. Dzisiaj, nikt nie ośmieliłby się określić Wajdy czy Zanussiego mianem reżysera PRL-u, a o wielu z nas tak właśnie mówiono. Ja przecież tylko wykonywałam swój zawód, w tamtej rzeczywistości. Pracowałam twórczo najlepiej jak umiałam. To nie oznacza jednak, że byłam piosenkarką PRL-u.

- Po przeczytaniu książki odnosi się wrażenie, że właściwie nigdy nie chciała Pani stać się gwiazdą. Bliższa byłą architektura, a jeśli śpiewanie to w klubach, dla małego grona.

- Na pewno nigdy nie chciałam być festiwalową gwiazdą. W ogóle nie znoszę samego słowa "gwiazda" i proszę nie posądzać mnie o żadną kokieterię. Uważam, że po zaśpiewaniu mojego pierwszego przeboju "Zapomniałam" na festiwalu w Opolu, stałam się osobą publiczną. Właściwie zmienił się świat wokół, a nie ja! Przypominam sobie pewne zdarzenie. Tuż po wylansowaniu mojej piosenki, mama wysłała mnie do sklepu warzywnego koło naszego domu. Ekspedientka znała mnie od dawna, a jednak tym razem nie mogła z wrażenia policzyć pieniędzy. Kiedy już wychodziłam, wręczyła mi pięknego szklarniowego pomidora, za „tę piękną piosenkę, którą zaśpiewałam”. I to był pierwszy sygnał, że coś się zmieniło. Wydawało mi się, że nagle znalazłam się na karuzeli, która nie ma zamiaru się zatrzymać. Przed oczami zaczęły migotać pstre kolory... A ja przecież chciałam studiować architekturę. I mimo trybu życia, który prowadziłam, udało mi się skończyć ten kierunek w terminie! Zaś świat rozrywki, w sumie nie bardzo mi odpowiadał i mentalnie, i psychicznie.

- Dla osoby pochodzącej z inteligenckiej poznańskiej rodziny, wejście w nowy, rozrywkowy świat stolicy rozrywki musiało być chyba dosyć trudne?

- Na szczęcie, kiedy przebywałam w Warszawie, miałam oparcie w Stanisławie Dygacie i jego żonie Kalinie Jędrusik. Byli dla mnie wielką podporą. Często bywałam w ich domu i bardzo sobie tę znajomość - zwłaszcza ze Stanisławem Dygatem - ceniłam. Na początku, nawet cieszyłam się z tej nagłej popularności. To było bardzo miłe, kiedy podchodziły do mnie młode dziewczyny i prosiły o autograf. Tyle tylko, że ja nigdy nie miałam aż tak wielkiej potrzeby prezentowania siebie. Są artyści, którzy śpiewanie traktują jak misję. Ja nie. Owszem wykonywałam ten zawód z pasją, ale nie bezkrytycznie. Zawsze dużo czytałam i wolałam rozmowy z ciekawymi ludźmi, mądrzejszymi ode mnie niż gadanie o byle czym.

- Wiele razy miała Pani okazję zostać za granicą. Pierwszy, gdy była pani młodą dziewczyną, drugi raz chociażby z mężem - też muzykiem - w USA. Czy dziś nie żałuje Pani, że nie skorzystała z tych propozycji?

- I tak, i nie. Trudno mówić, co by było gdyby... Gdybym skorzystała z propozycji rumuńskiego reżysera Valeriu Lazarova - mojej wielkiej miłości - pewnie życie potoczyłoby się inaczej. Lazarov chciał, abyśmy udali się do Hiszpanii i tam zaczęli wszystko od nowa. Byłam wtedy bardzo młoda i chyba się bałam. Przede wszystkim o swoje rodzeństwo i rodziców w Polsce. Stchórzyłam. Dziś Valeriu jest cenionym reżyserem w Hiszpanii. Cóż, tak to jest, gdy najważniejsze życiowe decyzje trzeba podejmować, kiedy człowiek jest bardzo młody i niewiele o życiu wie. A jak już się czegoś o tym życiu dowie, to jest za stary na zmianę decyzji sprzed wielu, wielu lat.

- Czy rozdział zatytułowany śpiewanie jest już dla pani całkowicie zamknięty?

- Absolutnie. Wraz z nową rzeczywistością w 1989 roku, postanowiłam zmienić swoje życie i wziąć udział w eksperymencie stawiania kraju z głowy na nogi. Eksperyment zresztą wciąż trwa i jest jeszcze wiele do zrobienia. Ten nowy czas postanowiłam wykorzystać również dla siebie. Wróciłam do architektury i projektowania. Właśnie w tym czuję się naprawdę dobrze, znacznie lepiej niż jako piosenkarka.

- „Hodowcy lalek” to pierwsza książka. Zyskała dobre recenzje m.in. prof. Jana Miodka, który pisze, że: „ma Pani niezwykle lekkie pióro”, co utwierdza go w przekonaniu, że „hojnie Panią obdarowano talentami". Czy ukażą się kolejne wspomnienia?

-         Zobaczymy. Na razie piszę do szuflady, robię rozmaite notatki, ale kto wie. Może i one się ukażą. Przecież życie trwa dalej.

- Dziękuję za rozmowę.
[mok.bydgoszcz.pl]
 

 




Podziel się
oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Biografia

wtorek, 22 września 2009 22:18
-

Urszula Sipińska
(19.09.1947, Poznań) piosenkarka, kompozytorka, pianistka, felietonistka, architekt.
Ukończyła klasę fortepianu w Wielkopolskim Studium Muzycznym oraz Wydział Architektury Wnętrz w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu. 
W czasie studiów współpracowała ze studenckim teatrzykiem “Nurt”. Debiutowała na FPiPS w Krakowie w 1965, gdzie zdobyła III nagrodę. Na KFPP Opole ‘66 śpiewała piosenkę “Tam gdzie kwitnie głóg” (W.Szpilman - K.Winkler) Na KFPP Opole ‘67 przedstawiła piosenkę “Zapomniałam” (U. Sipińska E. Sipińska - I.Korniszewska), która zaprezentowała również w Sopocie, a na festiwalu Złoty Jeleń ‘68 w  Braszow zdobyła III nagrodę. Występowała na festiwalu w Antwerpii, gdzie śpiewała piosenkę “Anna - Maria” (S. Krajewski - K. Dzikowski). Na MFP Sopot ‘68 za piosenkę “Po ten kwiat czerwony” (J. Wasowski - B. Brok) zdobyła I nagrodę . Na KFPP Opole ‘69 piosenka “Trzymając się za ręce” (S. Krajewski - K. Dzikowski) otrzymała wyróżnienie. W 1970 wystąpiła na festiwalach :
- Brno - II nagroda
- Wyspy Kanaryjskie - nagroda publiczności
- W Spilcie
W Opolu śpiewała piosenkę “Poziomki”  (U. Sipińska - I. Korniszewska). Na KFPP Opole ‘71 piosenka “Nim zakwitnie tysiąc róż” (A. Kurylewicz - W. Warska) w wykonaniu  
U. Sipińskiej otrzymała wyróżnienie. Na KFPP Opole ‘72 piosenki:
- “Jaka jesteś Mario” (P. Figiel - J. Konradowicz)
- “To był świat w zupełnie starym stylu” (P.Figiel U. Sipińska - J.Konradowicz) otrzymały II nagrodę. Za wykonanie tych piosenek na festiwalu w Sopocie w tym samym roku zdobyła nagrody:
- miasta Sopotu
- publiczności
-  czytelników “Głosów Wybrzeża”
Na festiwalu w Ostendzie była wśród laureatów zespołowej III nagrody, a na festiwalu w Meksyku ‘72 otrzymała nagrodę za wykonanie piosenki “ Bright days will come”
(P. Figiel - W. Mann, T.Romer). Wystąpiła na targach MIDEM ‘73. Na festiwalu w Tokio w 1973 otrzymała nagrodę za interpretacje;
W 1975 - II nagrodę za wykonanie piosenki “Wołaniem wołam cię”
(K.Gaertner - E. Bryll) na festiwalu w Palma de Mallorca. W 1974 dostała nagrodę RiTv NRD dla najpopularniejszego wykonawcy zagranicznego, a w 1979 - II nagrodę w Puerto Rico.

Występy zagraniczne:
- NRD, CzechoSłowacja, Rumunia, Bułgaria, Jugosławia, ZSRR, Hiszpania, Szwajcaria, Belgia, Berlin zach., Kuba, USA, Kanada, W. Brytania, Francja, RFN

(info. Kalejdoskop Estradowy)

Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 19 września 2014

Licznik odwiedzin:  11 567  

Archiwum

Galerie

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

O moim bloogu

UWAGA! ROBOTY

Statystyki

Odwiedziny: 11567

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl